Fragment książki "Wróbel"

PROLOG

Prawdę mówiąc, można to było przewidzieć. Cała historia Towarzystwa Jezusowego dowodziła umiejętności zręcznego i skutecznego działania oraz pasji do odkryć i badań. W okresie, który Europejczycy z dumą nazwali Epoką Wielkich Odkryć, ojcowie jezuici pojawiali się na świeżo odkrytych ziemiach już w rok lub dwa po śmiałkach, którzy nawiązali pierwszy kontakt z tubylcami. Zresztą pionierami odkryć często byli sami jezuici.
Organizacja Narodów Zjednoczonych potrzebowała całych lat na podjęcie decyzji, którą Towarzystwo Jezusowe podjęło w dziesięć dni. W Nowym Jorku dyplomaci prowadzili długie i zażarte dyskusje, czy i dlaczego powinno się ryzykować życie ludzi w celu nawiązania kontaktu ze światem, który później miał być znany jako Rakhat, kiedy na Ziemi wciąż jest tyle nie rozwiązanych i pilnych problemów. W Rzymie nie dyskutowano, czy i dlaczego to uczynić, ale jak szybko da się misję zorganizować i kogo wysłać.
Towarzystwo nie prosiło o zgodę żadnej doczesnej władzy. Działało według własnych zasad, na własny koszt, na mocy autorytetu papieża. Misja na Rakhat miała charakter nie tyle tajny, ile prywatny; subtelna to różnica, ale dzięki niej Towarzystwo nie czuło potrzeby wyjaśniania lub usprawiedliwiania swojego przedsięwzięcia, kiedy po kilku latach sprawa nabrała rozgłosu.
Jezuiccy uczeni podjęli misję na Rakhat, by poznawać, a nie nawracać. Ich celem było poznanie i obdarzenie miłością innych dzieci Bożych. Był to cel, który przyświecał im zawsze, kiedy bez lęku sięgali najdalszych granic ludzkiego poznania. Wyprawili się na Rakhat ad majorem Dei gloriam: dla większej chwały Bożej.
Nie zamierzali nikogo skrzywdzić.

1. RZYM: grudzień 2059

Dnia 7 grudnia 2059 roku, w środku nocy, ojcaEmilia Sandoza zabrano z izolatki szpitala Salvator Mundi i przewieziono furgonetką do siedziby jezuitów przy Borgo Santo Spirito 5, znaną jako Numer 5, którą od Watykanu dzieli kilka minut marszu przez plac Świętego Piotra. Następnego dnia rzecznik prasowy Towarzystwa Jezusowego stanął przed masywnymi drzwiami rezydencji i ignorując wykrzykiwane pytania i jęki rozczarowania dziennikarzy, odczytał krótkie oświadczenie:
„Zgodnie z tym, co nam wiadomo, ojciec Emilio Sandoz jest jedyną osobą, która powróciła z misji jezuitów na Rakhat. Jeszcze raz składamy podziękowanie Organizacji Narodów Zjednoczonych, Konsorcjum Kontakt i Sekcji Górnictwa Asteroidowego Korporacji Ohbayashi za umożliwienie ojcu Sandozowi powrotu. Nie posiadamy żadnych dodatkowych informacji o losie innych członków załogi. Pozostają w naszych modlitwach. Ojciec Sandoz jest zbyt chory, by można go było przesłuchać, a proces jego ozdrowienia może trwać kilka miesięcy. Do tego czasu nie będzie żadnych dalszych komentarzy na temat samej misji lub na temat oskarżeń ze strony Konsorcjum Kontakt w stosunku do działalności ojca Sandoza na Rakhacie”.
Była to jawna próba zyskania na czasie.
Ojciec Sandoz był rzeczywiście chory. Całe jego ciało pokrywały wykwity samorzutnych wylewów podskórnych. Dziąsła przestały już krwawić, ale wszystko wskazywało na to, że jeszcze długo nie będzie mógł jeść normalnie. No i trzeba będzie coś zrobić z jego rękami.
Tymczasem szkorbut, anemia i wyczerpanie sprawiały, że spał dwadzieścia godzin na dobę. Kiedy się budził, leżał nieruchomo, skulony jak płód i prawie tak samo bezradny.
Przez te pierwsze tygodnie drzwi do jego małego pokoju prawie zawsze pozostawały otwarte. Pewnego popołudnia, kiedy na korytarzu pastowano podłogę, brat Edward Behr, pomimo ostrzeżeń ze strony personelu szpitala Salvator Mundi, zamknął drzwi, aby uchronić ojca Sandoza od hałasu i niemiłego zapachu. Sandoz akurat się obudził i musiał zauważyć, że jest zamknięty. Brat Edward już nigdy nie powtórzył tego błędu.
Vincenzo Giuliani, generał Towarzystwa Jezusowego, każdego ranka zaglądał do pokoju, by spojrzeć na chorego. Nie miał pojęcia, czy Sandoz zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś na niego patrzy. Kiedy ojciec generał był bardzo młody, Sandoz, który wyprzedzał go o rok w dziesięcioletniej formacji kapłańskiej, bardzo go fascynował. Dziwny chłopak ten Sandoz. Zagadkowy człowiek. Vincenzo Giuliani zrobił karierę jako znawca ludzi, ale tego człowieka nigdy nie zdołał zrozumieć.
Spoglądając na Emilia, tak chorego i teraz prawie niemego, Giuliani wiedział, że nieprędko uda się coś z niego wyciągnąć. To go jednak nie zniechęcało. Vincenzo Giuliani był cierpliwy. Trzeba być cierpliwym, by dobrze sobie radzić w Rzymie, gdzie czas odmierzany jest nie stuleciami, ale tysiącleciami, gdzie cierpliwość i dalekosiężne spojrzenie zawsze cechowały życie polityczne. Miasto użyczyło nawet nazwy cnocie cierpliwości: romanita. Romanita wyklucza emocję, pośpiech, zwątpienie. Romanita wyczekuje na odpowiedni moment i dopiero wtedy uderza. Romanita opiera się na absolutnym przekonaniu o ostatecznym sukcesie i wyrasta z jednej tylko zasady: Cunctando regitur mundis. Czekając, zdobywa się świat.
Tak więc nawet teraz, po sześćdziesięciu latach, Vincenzo Giuliani nie odczuwał najmniejszego zniecierpliwienia, kiedy nie mógł się porozumieć z Emiliem Sandozem. Wiedział, że jego cierpliwość w końcu zostanie wynagrodzona.


*

Osobisty sekretarz ojca generała skontaktował się z ojcem Johnem Candottim w dzień Świętych Niewiniątek, trzy tygodnie po przeniesieniu Emilia do Numeru 5. „Sandoz ma się na tyle dobrze, że może się z ojcem widzieć”, poinformował Candottiego Johannes Voelker. „Proszę być tutaj o drugiej”.
Być tutaj o drugiej!, myślał poirytowany John, idąc do Watykanu z domu rekolekcyjnego, w którym mu przydzielono duszny pokoik z oknem wychodzącym wprost na rzymskie mury. Od swojego przybycia do Rzymu Candotti miał już kilka razy do czynienia z Voelkerem, który od samego początku budził w nim niechęć. Prawdę mówiąc, niechęć wzbudzała w nim cała sytuacja, w której się znalazł.
Przede wszystkim nie rozumiał, po co go w to wszystko wmieszano. Nie był ani prawnikiem, ani uczonym. Z jezuickiego dictum „publikacje albo parafia” świadomie wybrał mniej prestiżowy człon i był właśnie pochłonięty przygotowaniami do bożonarodzeniowego programu szkolnego, kiedy wezwał go przełożony i kazał mu polecieć do Rzymu. „Ojciec generał życzy sobie, abyś dotrzymał towarzystwa Emilio Sandozowi”. Oczywiście John słyszał o Sandozie. Każdy o nim słyszał. Tyle że nie miał najmniejszego pojęcia, po co miałby dotrzymywać mu towarzystwa. A kiedy o to pytał, nikt nie potrafił – lub nie chciał – niczego mu wyjaśnić. Nie miał doświadczenia w tego rodzaju sprawach. W Chicago ludzie nie byli przyzwyczajeni do subtelności i dyskrecji.
No i sam Rzym. Podczas zaimprowizowanego przyjęcia pożegnalnego wszyscy byli podekscytowani. „Johnny, Rzym!” Ta historia, te cudowne kościoły, te zabytki. John poczuł, że sam powinien być zachwycony. Ale nie był. Bo niby co on wiedział o Rzymie?
John Candotti przywykł do płaskiego krajobrazu, prostych linii, kwadratowych bloków. Nic w Chicago nie przygotowało go do rzeczywistości Wiecznego Miasta. Najgorzej było, kiedy już widział z daleka budynek, do którego chciał się dostać, i stwierdzał, że ulica, która powinna do niego prowadzić, zakręca nie wiadomo gdzie, by w końcu otworzyć się na jeszcze jeden piękny placyk z jeszcze jedną cudowną fontanną, z którego można było iść dalej tylko jeszcze jedną aleją wiodącą donikąd. I następna godzina błądzenia po tych cholernych wzgórzach, po tym szczurzym gnieździe uliczek cuchnących kocimi szczynami i pomidorowym sosem. Nie znosił poczucia zagubienia, a tutaj zawsze czuł się zagubiony. Nie znosił spóźniania się, a tu zawsze się spóźniał. Pierwsze pięć minut każdej rozmowy zajmowało mu przepraszanie za spóźnienie. I za każdym razem jego rzymscy rozmówcy zapewniali go, że nie ma żadnego problemu.
Mimo to John czuł się w takich sytuacjach fatalnie, więc coraz bardziej przyspieszał kroku, aby tym razem za wszelką cenę dotrzeć do siedziby jezuitów na czas. Wkrótce opadła go banda dzieciaków, najwyraźniej uradowanych widokiem tego kościstego, łysawego mężczyzny z wielkim nosem, wymachującego zamaszyście ramionami i odzianego w długą, powiewającą w marszu sutannę.

*

– Proszę mi wybaczyć spóźnienie.
John Candotti powtarzał to każdemu, kogo napotkał, zmierzając do pokoju Sandoza, a w końcu powiedział to samemu Sandozowi, kiedy brat Edward Behr wprowadził go do środka i zostawił sam na sam z chorym.
– Ulice wciąż są strasznie zatłoczone. Czy oni nigdy nie siedzą w domu? Jestem John Candotti. Ojciec generał prosił mnie, żebym pomógł ojcu podczas przesłuchań. Miło mi ojca poznać.
Wyciągnął bezmyślnie rękę i cofnął ją z zakłopotaniem, kiedy sobie przypomniał o chorobie.
Sandoz nie wstał z fotela przy oknie i nawet nie spojrzał w kierunku Candottiego – nie wiadomo, czy dlatego, że nie mógł, czy dlatego, że nie chciał. Candotti widział jego zdjęcie w archiwum, ale Sandoz okazał się trochę niższy, niż się spodziewał, i o wiele bardziej chudy, na pewno też wyglądał starzej, choć nie tak staro, jakby to wynikało z kalkulacji: siedemnaście lat podróży w tamtą stronę, prawie cztery lata na Rakhacie, siedemnaście lat z powrotem, no, ale trzeba wziąć pod uwagę względność czasu przy podróżowaniu z szybkością bliską prędkości światła. Wiek Sandoza, urodzonego rok wcześniej od ojca generała, który obecnie zbliżał się do osiemdziesiątki, fizycy oceniali na mniej więcej czterdzieści pięć lat. Sądząc po jego wyglądzie, musiały to być ciężkie lata.
Cisza przedłużała się. Starając się nie patrzeć na ręce Sandoza, John rozmyślał, czy nie powinien się wycofać. Przecież to o wiele za wcześnie, pomyślał, ten Voelker chyba zwariował. A potem usłyszał, jak Sandoz zapytał:
– English?
– Nie, ojcze. To brat Edward jest Anglikiem, ja jestem Amerykaninem.
– Nie – powiedział po chwili Sandoz. – La lengua. Angielski.
John, zaskoczony, zdał sobie sprawę z nieporozumienia.
– Tak. Mówię też trochę po hiszpańsku, jeśli ojciec woli ten język.
– To był włoski, creo. Antes… to znaczy przed… W szpitalu. Slpaj… siyo… – Urwał, bliski łez, ale opanował się i powiedział spokojnie: – Byłoby łatwiej… gdybym przez chwilę słyszał… tylko jeden język. Może być angielski.
– Jasne. Nie ma problemu. Możemy mówić po angielsku. – John był trochę wstrząśnięty. Nikt mu nie powiedział, że z Sandozem jest aż tak źle. – To ma być krótka wizyta, ojcze. Chciałem tylko się przedstawić i zobaczyć, jak ojciec się czuje. Nie musimy się spieszyć z przygotowaniami do przesłuchań. Jestem pewny, że poczekają, aż ojciec poczuje się na tyle dobrze, żeby…
– Żeby co? – zapytał Sandoz, po raz pierwszy patrząc prosto na Candottiego.
Twarz pożłobiona głębokimi zmarszczkami, indiańskie pochodzenie czytelne w ostrym nosie i w wydatnych kościach policzkowych, stoicyzm. John Candotti nie potrafił sobie wyobrazić tego człowieka, kiedy się śmieje.
– Żeby wyjaśnić, co się wydarzyło – odpowiedział, choć miał ochotę powiedzieć: „Żeby się bronić”.
Cisza panująca w tym domu była uderzająca, zwłaszcza przy oknie, gdzie słyszało się odgłosy miasta, wciąż świętującego karnawał. Jakaś kobieta strofowała dziecko po grecku. Turyści i reporterzy kłębili się wokół gmachu, przekrzykując gwar pielgrzymów i hałas taksówek. Rozbrzmiewały wołania robotników i warczały maszyny; tutaj wciąż coś remontowano, aby powstrzymać ruinę nieustannie zagrażającą Wiecznemu Miastu.
– Nie mam nic do powiedzenia. – Ojciec Sandoz znowu odwrócił się do okna. – Wystąpię z Towarzystwa.
– Ależ, ojcze Sandoz… przecież nie może ojciec oczekiwać, że Towarzystwo pozwoli ojcu tak sobie odejść, bez wyjaśnienia, co tam się wydarzyło. Może ojciec nie mieć ochoty na to przesłuchanie, ale to wszystko nic w porównaniu z tym, co ojca czeka tam, na zewnątrz, jak tylko ojciec przekroczy drzwi. Jeśli zrozumiemy, będziemy mogli ojcu pomóc. Może jakoś to ojcu ułatwimy. – Nie było odpowiedzi, tylko twarz Sandoza, widoczna z profilu na tle okna, nieco stwardniała. – W porządku. Wrócę za kilka dni, kiedy ojciec poczuje się lepiej, dobrze? Może coś przynieść? Może komuś coś przekazać?
– Nie – zabrzmiała cicha odpowiedź. – Dziękuję.
John powstrzymał westchnienie i odwrócił się do drzwi. Jego wzrok padł na szkic leżący na małym biurku. Szkic na czymś w rodzaju papieru, nakreślony czymś w rodzaju tuszu. Grupa VaRakhatów. Twarze o wielkiej godności i uderzającym wdzięku. Niezwykłe oczy z długimi rzęsami chroniącymi przed jasnym słońcem. To zabawne, ale można było ich uznać za niezwykle przystojnych, nawet jeśli nie znało się ich kryteriów piękności. John Candotti podniósł szkic, żeby przyjrzeć mu się z bliska. Sandoz wstał i zrobił dwa szybkie kroki ku niemu.
Sandoz był chyba o połowę od niego niższy i schorowany jak wszyscy diabli, ale John Candotti, weteran ulic Chicago, cofnął się zaskoczony. Kiedy wyczuł plecami ścianę, pokrył zakłopotanie uśmiechem i odłożył rysunek na biurko.
– To piękna rasa, prawda? – zapytał, starając się odgadnąć, jakie emocje targają stojącym przed nim człowiekiem. – Ci… faceci na obrazku… To ojca przyjaciele, tak?
Sandoz cofnął się i popatrzył na Johna przez chwilę, jakby chciał ocenić jego reakcję. Światło bijące z okna rozjaśniło mu włosy, a kontrast ukrył wyraz jego twarzy. Gdyby w pokoju było jaśniej albo gdyby John Candotii znał go lepiej, mógłby rozpoznać dziwaczną powagę, jaka poprzedzała każdą wypowiedź Sandoza, jeśli się spodziewał, że wywoła wesołość lub wściekłość. Sandoz wahał się przez chwilę, aż wreszcie znalazł słowo, którego szukał.
– Towarzysze – powiedział w końcu.

Dodaj artykuł do:
(dodano 11.08.2026, autor: blackrose)
Dział literatura
Logowanie
Po zalogowaniu będziesz mieć możliwośc dodawania swojej twórczości, newsów, recenzji, ogłoszeń, brać udział w konkursach, głosować, zbierać punkty... Zapraszamy!
REKLAMA
UTWORY OSTATNIO DODANE
RECENZJE OSTATNIO DODANE
OGŁOSZENIA OSTATNIO DODANE
REKOMENDOWANE PREMIERY
1
Europe
2
Bring Me The Horizon
3
Kasabian
4
The Rolling Stones
5
Orliński Jakub Józef, Il Pomo d'Oro
6
Tarja
7
Muse
8
Sienna Spiro
9
Suki Waterhouse
10
Evanescence
1
David Robert Mitchell
2
Yann Gozlan
3
Kei Ishikawa
4
Ridley Scott
5
Richard Linklater
6
Maciej Cuske
7
Christopher Nolan
8
Gabriele Muccino
9
Stéphane Demoustier
10
Bart Schrijver
1
Sławomir Jarmuż
2
Jerzy Strzelczyk
3
Rollo May
4
Małgorzata Zielińska
5
Loreth Anne White
6
Sylvain Tesson
7
Robert A. Heinlein
8
Tomasz Jurys, Mateusz Grajek
9
Jerzy Gąssowski
10
Beata Ziaja
1
Marcin Wierzchowski
2
Norbert Bajan
3
Jacek Mikołajczyk
4
Natalia Korczakowska
5
Ewa Platt
6
Krzysztof Pastor
7
Krzysztof Garbaczewski
8
Richard Chappell
9
Paweł Miśkiewicz
10
Alina Moś
REKLAMA
ZALINKUJ NAS
Wszelkie prawa zastrzeżone ©, irka.com.pl
grafika: irka.com.pl serwis wykonany przez Jassmedia